![]() |
|
Większość z was prawdopodobnie sięgnęła po płytę Hercules and Love Affair
dlatego, że śpiewa na niej Antony Hegarty. Część z was pewnie też zrezygnowała
z koncertu tej grupy dowiedziawszy się, że Antony nie wystąpi. I niesłusznie.
Co prawda obecność tego wokalisty na płycie pomogła w jej promocji i dodała
jej splendoru, ale nie o to tu chodzi! Hercules and Love Affair to przede
wszystkim fantastyczna muzyka taneczna pozbawiona nadętej retro stylizacji.
Niewybranie się na koncert taneczny, w momencie kiedy są taka rzadkością
jest zatem grzechem, szczególnie, że koncert disco to już istny rarytas!
Koncert Hercules and Love Affair reklamowany był jako koncert najbardziej pożądanej grupy roku. I rzeczywiście, mimo że jest to gwiazda (jak na razie) jednego sezonu, warszawskie Palladium było pełne. Tak duza frekwencja cieszy tym bardziej, ze disco musiało rywalizować z IAMX'em, którego koncert odbywał się w tym samym czasie. Po krótkim (na szczęście) występie Kosakota, nadszedł czas na gwiazdę wieczoru. Koncertowy skład zespołu to aż osiem osób: obok Andy'ego Butlera i wokalistek, na scenie pojawili się basista, klawiszowiec, perkusista oraz puzonista i trębacz, którzy wyglądali jakby ledwo zeszli z boiska do gry w kosza (mieli na sobie spodenki z napisem "Hercules Air" ?) Występ zaczął się od tekstu "We hate disco" to, co nastąpiło było dokładnym zaprzeczeniem tego stwierdzenia. Już od pierwszych dźwięków, nie miałam wątpliwości, że znalazłam się na świetnej imprezie. Do tańca zachęcała seksownie poruszająca się Nomi, która pal licho z jaką płcią się urodziła, tego wieczora pragnął jej absolutnie każdy. Życze każdej kobiecie takiego seksapilu i takiego tyłka. Intro skutecznie rozbujało publikę i płynnie przeszło w następna piosenkę. I tak było już do końca, nie był to klasyczny koncert z przerwami miedzy piosenkami, tylko trwający bez przerwy, rozkręcający się coraz bardziej set. Już przy drugiej piosence "You Belong" okazało się, że Nomi, mimo, że porusza się lepiej niż śpiewa, całkiem dobrze radzi sobie z partiami wokalnymi Antony'ego. Szczytowym momentem koncertu było oczywiście "Blind", kiedy na sali zapanowała istna euforia. Oprócz kolejnych utworów z płyty, miłym zaskoczeniem były rovery "Like Some Dream (I Can't Stop Dreaming)" Daniela Wanga oraz "Don't Fear The Reaper" Blue Oyster Club. Na dwie piosenki przed końcem, set został przerwany a publiczność mogła wreszcie nagrodzić Herculesa oklaskami. Andy Butler pochwalił publikę łamaną polszczyzną "Jesteście gorący!". Wyraził jeszcze poparcie dla Baracka Obamy i zespół wrócił do grania. Nie obyło się bez bisu, grupa wróciła na scenę aby wykonać "Hercules Theme". Po tak ciepłym przyjęciu, jedyne co pozostało grupie to powiedzieć "do zobaczenia". To była prawdziwa gorączka niedzielnej nocy. Pozostaje dla mnie tajemnicą jak można było stać sztywno na tym koncercie, ale na szczęście większość publiczności wiedziała jak należy zareagować na muzykę taneczną. Tego wieczoru w stolicy disco zwyciężyło. Doznała i opisała Bogna Szulc |